Opowiem Ci dziś drogi czytelniku jak przebiegał proces diagnozowania. Podzielę to na kilka historii, bo niemożliwe jest opowiedzenie tego w jednym poście. Ta ścieżka trwała lata.
Dużo objawów występowało już w dzieciństwie. Ale nie cofnę się, aż tak daleko. Cofnę się w tej historii do momentu kiedy choroba zaczęła się agresywnie manifestować i szukałam pomocy wszędzie gdzie to było możliwe.
Miałam wtedy zupełnie normalne życie. MIałam zaledwie 23 lata, wyszłam za mąż. Pracowałam.
Uwielbiałam jeździć w góry. Jeździłam konno. Żyłam jak każdy, jeszcze wtedy nie miałam nawet minimum podejrzeń, że kiedyś to będzie moje marzenie. Zaczęły się pojawiać duże problemy „kondycyjne”. Byłam młoda ,szczupła, nie paliłam, a wyjście w góry czy wejście po schodach zaczęło stanowić ogromny problem. Palący ból w klatce, nie mogłam nabrać powietrza, czułam jakby rozrywało mi wszystko w środku. Wszyscy włącznie ze mną myśleli, że mam słabą kondycję i jak zacznę ćwiczyć to będzie lepiej. Nie było. Było coraz gorzej. Zaczęłam chorować często na infekcję, szczególnie na zapalenie zatok. Przez pół roku byłam ciągle na antybiotyku, z krótkimi przerwami. Skutkowało to coraz gorszą kondycją organizmu. W tamtym czasie nie miałam prawa tego wiedzieć, że każda infekcja to błędne koło. Dziś wiem, że infekcja zaostrza mój stan, bo organizm z chorobą autoimmunologiczną walczy zarówno z infekcją, ale też z samym sobą, atakuje też zdrowe tkanki. Trafiłam do laryngologa. Po wywiadzie Pani Doktor skierowała mnie na zabieg prostowania przegrody nosowej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że procedurę przyjęcia do szpitala, czy przygotowania do zabiegu będę znać na pamięć. Jeszcze nie miałam pojęcia, że warto zastanowić się nad wyborem specjalisty, który się nami zajmuje.
Dość szybko wyznaczono mi termin zabiegu. Zgłosiłam się na oddział, przydzielono mi łóżko, pobrano krew na standardowe wyniki przed zabiegiem. Zabieg miał odbyć się następnego dnia. Miałam nawet szczęście, że zabrano mnie wcześnie rano. Po latach doświadczenia przy każdym zabiegu mam nadzieję, że pojadę jako jedna z pierwszych na blok operacyjny, najgorsze jest dla mnie czekanie, aż po mnie przyjadą. Sala zabiegowa wyglądała bardziej jak sala tortur, jeszcze było to w takim starym stylu jak z lat 70, albo i wcześniej. Po jednej stronie sali był fotel laryngologiczny takiego bardzo starego modelu, a na wprost tego fotela był stół operacyjny/zabiegowy. Posadzono mnie na tym fotelu. Pani laryngolog opowiadała pielęgniarce jakąś historię ze swojego życia, jednocześnie wpychając w mój nos bandaż z lidokainą, która miała znieczulić nos. Nie dostałam nic, nawet minimalnie uspokajanego czy rozluźniającego. Pielęgniarka przywiązała mi ręce do tego fotela, a następnie zawiązała wokół szyi worek na odpady medyczne, rozmawiając wciąż o swoich sprawach jakbym nie istniała. Zemdlałam zaraz po tym. Pamiętam dopiero kadr jak już leżałam na łóżku w sali i Panią Doktor mówiącą do mojego męża, że zaleca wizytę u psychiatry bo jestem niestabilna emocjonalnie. Cóż za ciekawa diagnoza tylko z powodu zemdlenia… Poczułam się wtedy strasznie i jedyne czego pragnęłam to wyjść stamtąd. Nigdy więcej do niej nie poszłam, poczułam się bardzo źle psychicznie po tej sytuacji. Pojechałam do innego polecanego laryngologa, Pan jest świetny w swoim fachu, uspokoił mnie, że to często się zdarza, że pacjent mdleje. Następnego dnia wyprostował moją przegrodę w pełnym znieczuleniu. Pierwszy raz wtedy usłyszałam, że według niego coś innego odpowiada za te infekcję, a przegrodę i tak trzeba być wyprostować.
Problemy z oddechem nasilały się coraz bardziej, przy głębszym oddechu potwornie bolało mnie w klatce. Głupie podbiegnięcie do autobusu stało się niemożliwe. Oddech był, krótki nie mogłam normalnie zaczerpnąć powietrza. Zapisałam się do alergologa z uwagi na zdiagnozowaną w dzieciństwie astmę. Myślałam, że być może ona odpowiada za mój stan. Dostałam od Pani Doktor skierowanie na oddział pulmonologii na cito. I właściwie tu zaczęła się ścieżka od lekarza do lekarza. Na oddziale miałam zrobionych mnóstwo badań. Podtrzymano wówczas diagnozę astmy, dostałam nowe leki i miałam przyjechać do kontroli po miesiącu. No i przyjechałam … po zaledwie dwóch tygodniach, bez poprawy z jeszcze gorszym samopoczuciem. Trafiłam po raz kolejny na oddział. Kolejne badania i wtedy zaczęły się pojawiać rozmowy, że nic nie pasuje do siebie w moim obrazie dolegliwości. Objawy były niecharakterystyczne, odrzucono astmę jako przyczynę mojego stanu. Doktor nie widział rozwiązania moich dolegliwości, sugerował iż to może być problem ortopedyczny, a mianowicie kręgosłup i zalecił wizytę u ortopedy, oraz kardiologa.
Właśnie w tym miejscu wracamy do Pani Doktor z pierwszego posta i nazwy bloga, która powiedziała, że jestem za młoda, żeby chorować. W następnym poście opowiem ortopedach, bo niestety przeszłam przez cały szereg lekarzy z tej specjalizacji i nawet byłam blisko diagnozy, ale o tym wkrótce napiszę.

Dodaj komentarz